|
Po zdjęciu
z patelni odsączam każdy kotlet z nadmiaru tłuszczu, układając go
na chwilę na papierowym ręczniku. Dobry sznycel poznać po tym, że
jego powierzchnia jest pokryta drobnymi fałdkami, a po przekrojeniu
panierka odstaje od mięsa. Jeśli nie odstaje, to znaczy, że kotlet
leżał w panierce od paru godzin albo że usmażono go na nieodpowiednim
tłuszczu. Leniwi kucharze wolą smażyć sznycle w oleju od frytek
- po kąpieli w głębokiej fryturze kotlet wygląda aż za ładnie, ale
w smaku i konsystencji jest dużo gorszy.
Klasyczny
sznycel wiedeński garniruje się koreczkiem z filecika z anchois,
owiniętym wokół marynowanego kapara. Ja osobiście wolę dekorować
go sfrytowaną na chrupko natką pietruszki. Kotletowi powinna też
towarzyszyć ćwiartka cytryny, no i ziemniaki - najlepiej odsmażane
albo frytki.
Eskalopki
mediolańskie. Robi się je podobnie jak wienerschnitzel, z tą
jednak różnicą, że kotlet jest dużo mniejszy i wyraźnie grubszy.
Po prostu odcinam pojedynczy eskalop i rozbijam go minimalnie. Dalej
postępuję identycznie jak w poprzednim przepisie, przy czym tarta
bułka nie musi już być biała. Na wydaniu polewam masłem noi- sette,
czyli podsmażonym na patelni na brązowy kolor. Robi się to raczej
na dużym ogniu, stale mieszając (ja po prostu szarpię patelnią).
Masło nie może się przypalić, musi jednak osiągnąć stan, w którym
nabiera charakterystycznego, orzechowego aromatu. Podaję z makaronem
(wstążki), choć Włosi woleliby spaghetti w sosie pomidorowym.
Cordon
bleu. A teraz kotlet po szwajcarsku. Na rozbitym jak na sznycel
wiedeński mięsie układam przycięty do kształtu prostokąta plaster
gotowanej szynki (3 mm grubości), ale tak, aby połowa sznycla pozostawała
wolna. Na szynce układam taki sam plaster żółtego sera (gruyere
albo ementaler) i przykrywam drugim prostokątem szynki. Teraz składam
kotlet na pół, dociskam boki, żeby ser i szynka były całkowicie
zamknięte w mięsie. Panieruję i smażę na oleju, na niedużym ogniu,
nieco dłużej niż poprzednie kotlety. Po przekrojeniu ser powinien
wypływać ze środka. Podaję z kopytkami (i masłem noisette) albo
ze smażonymi ziemniakami. Identycznie, ale bez panierki, robi się
engardinerschnitzel, lubiany przez mieszkańców doliny St. Moritz.
N
Karp
z sosem paprykowym, karp z sosem buraczanym
 |
Smażony
karp to uczta stosowna nie tylko w Wigilię. Nie czekajmy więc
do grudnia, zwłaszcza że w sklepach nie brak go przez cały
rok, a w środku zimy niełatwo o inne świeże ryby.
Jak
kupić dobrego karpia? Oczywiście,
najlepiej żywego, bo wtedy mamy zupełną pewność, że jest świeży.
W przeciwnym wypadku (większość kucharzy, tak amatorów, jak
i zawodowców, woli jednak, aby w zabijaniu wyręczył ich kto
inny) należy zwrócić uwagę, czy oczy ryby zachowały przezroczystość,
czy jej skrzela mają kolor ciemnoczerwony i czy jej skóra
pokryta jest śluzem - poza zapachem są to najlepsze wskaźniki
świeżości.
|
Wybieramy
zawsze sztuki do 1,5 kg, bo większe oznaczają, że karp jest już
za stary, by wiązać z nim na-dzieje na kulinarny sukces; najlepiej
gdy karp przed wypatroszeniem waży 600-700 gramów. Nie będę tu opisywał,
jak rybę patroszyć, bo zakładam, że jeśli ktoś nie umie tego robić,
to i tak nie zechce się za to brać, poza tym można przecież kupić
rybę już oczyszczoną. Natomiast na pewno warto nauczyć się, jak
rybę sfiletować. Chwytamy za górny płat od przodu i starannie tniemy
nożem poziomo wzdłuż kręgosłupa szerokim długim nożem, aż do ogona.
Przewracamy rybę na drugą stronę (kręgosłupem do spodu) i powtarzamy
operację - takie ułożenie pozwala przycisnąć rybę do deski, co znacznie
ułatwia operowanie nożem. Ręka przytrzymująca ciągnie filet w kierunku
przeciwnym do ruchu noża. Następnie odcinamy pozostałe w mięsie
ości. Przytrzymując płat od strony grzbietu, tniemy od siebie, odginając
ostrze lekko ku górze, a pod koniec cięcia chwytamy za same ości.
Odkrawamy ze skraju fileta tłuszcz i płetwy. Teraz kładziemy filet
skórą do dołu, chwytamy za ogon, nacinamy i chwytamy mocno za skórę
przy ogonie (a nie za mięso!), jednocześnie zdejmując
nożem skórę.
Karp
z sosem paprykowym - Najpierw przygotowujemy sos. Umytą paprykę
(po jednej na porcję) wkładamy do pieca (180°C) na ok. 25 minut,
aż skórka się nieco przypali i miejscami zrobi się zupełnie czarna.
Teraz bez najmniejszego trudu zdejmujemy skórkę i oczyszczamy paprykę
z pestek i ogonka. Drobno posiekaną cebulę (połówka małej cebuli
na porcję) i odrobinę czosnku wrzucamy na rozgrzaną oliwę lub olej
(ja sam najchętniej używam oleju słonecznikowego, do którego wrzucam
gałązki świeżych ziół - tymianek, rozmaryn, majeranek, ziele angielskie
- plus pieprz i ziele angielskie, i tak przechowuję). Gdy po chwili
rozejdzie się po kuchni cebulowo-czosnkowy zapach, wrzucamy pokrojoną
paprykę, pół łyżki koncentratu pomidorowego, sypiemy odrobinę sproszkowanej
papry-ki słodkiej (sprzedają to w torebkach importowanych z Węgier),
wreszcie dodajemy łyżkę gęstej śmietany, sól i pieprz. Gotujemy
to wszystko 5 minut na małym ogniu, a następnie za pomocą miksera
(końcówka z obracającym się nożykiem) przerabiamy na puree. Wkładamy
w to palec, oblizujemy (zawodowi kucharze zawsze próbują palcami)
i ewentualnie doprawiamy do smaku. Na koniec owo puree przecieramy
jeszcze przez najdrobniejsze sitko (dla potrzeb domowych ten etap
można ewentualnie pominąć, chociaż sos nie uzyska wtedy pożądanej
aksamitności) i sos gotowy. Resztę cebuli kroimy w "łódeczki",
w podobnej wielkości kawałki kroimy oczyszczoną świeżą słodką paprykę
(dowolnego koloru) i podgotowujemy je krótko w białym winie (około
50 g na 3-4 porcje) na dużym ogniu. Filety kroimy w poprzek na długie
paski szerokości 2-2,5 cm, oprószamy solą, pieprzem i sproszkowaną
słodką papryką, skrapiamy odrobiną sosu Worcestershire (lub jak
kto woli - sokiem z cytryny), po czym smażymy je na rozgrzanym maśle.
Kiedy tylko mięso się zetnie (a stanie się to bardzo szybko), podlewamy
je białym winem (też ok. 50 g), wrzucamy cebulę z papryką i gotujemy
na małym ogniu jeszcze przez 3-4 minuty. Na środek talerza lejemy
około czterech łyżek sosu, na którym układamy rybę, przemieszaną
z papryką i cebulą. Podajemy z gotowanymi ziemniakami.
Karp
z sosem buraczanym - Obrane buraki zalewamy wodą (tyle, żeby
były całkowicie zanurzone) i gotujemy pod pokrywką około 20 minut,
po czym wyjmujemy buraki (które można teraz przeznaczyć na sałatkę),
a buraczaną wodę gotujemy dalej, aż zredukuje się do objętości ok.
1 dcl (100 g), co trwa mniej więcej 10 minut. Dodajemy łyżkę gęstej
śmietany, sól i pieprz i dalej redukujemy, aż do pożądanej konsystencji.
Filet z karpia kroimy na kawałki szerokości ok. 6-7 cm i smażymy
na maśle, aż zbrązowieje (rybę kładziemy na patelnię zawsze od siebie,
by nie opryskał nas gorący tłuszcz). Równolegle frytujemy w garnuszku
lub na patelni pokrojone w drobną kosteczkę ziemniaki. Gotową rybę
układamy na sosie i posypujemy po wierzchu minifrytkami.
Zapiekane desery z mleka, jajek i cukru Creme caramel, creme brulee,
flanowy krem.
 |
Zapiekane
słodycze z mleka, jajek i cukru to cała osobna kategoria sztuki
cukierniczej. W Polsce to już chyba rzadkość, ale je się to
bardzo chętnie w całej Europie. Dziś przedstawię Państwu całą
rodzinę wspaniałych deserów. Są one bardzo różnej proweniencji
- i tak creme caramel oraz creme brulee zaliczają się do arystokracji,
godne zamykać najbardziej wykwintną kolację; flan to plebejusz,
francuski przysmak ludowy; a flanowy krem to nuworysz, jedna
z wie- lu możliwych wariacji na te tematy.
|
Ale
każdy z nich może być pyszny, jeśli się go właściwie przyrzą dzi.
Zarazem robi się je wszystkie z podobnych produktów i w podobny
sposób.
Creme
caramel - Najpierw robię karmel.
Do garnka wsypuję 200 g cukru i stawiam na średni ogień. Od czasu
do czasu mieszam drewnianą łyżką (ale nie za szybko i gwałtownie,
bo porobią się grudy). Kiedy już cukier zaczyna się rozpuszczać
i wrze po bokach, dolewam 100-150 g wody i mieszam trochę bardziej
intensywnie, ewen-tualne grudki rozgniatam (trzeba bardzo uważać,
żeby się nie sparzyć). Chodzi o to, że prawidłowy karmel musi być
brązowy - gdy staje się czarny, to znaczy, że się przypalił i będzie
gorzki. Do głębokiej blachy lub podobnego wodoszczelnego i żaroodpornego
pojemnika wstawiam małe, ale głębokie miseczki (albo inne podobne
naczynia, mogą też być małe rynienki). Chochelką wlewam do miseczek
karmel, tyle tylko, aby przykryć dno kilkumilimetrową warstwą. Odstawiam
do wystygnięcia. Zagotowuję litr mleka z dwiema laskami wanilii.
Wsypuję do miski drugie 200 g cukru, wbijam na to 8 żółtek, plus
4 całe jajka. Ubijam trzepaczką do rozpuszczenia się cukru (najlepiej
posługiwać się, niepopularną w Polsce, trzepaczką sprężynową, ale
taką o drutach ułożonych elipsoidalnie, w każdym razie ja posługuję
się wyłącznie taką - zresztą wcale nie chodzi o to, żeby piana "stanęła").
Do rozkłóconych żółtek wlewam ugotowane mleko i wsypuję skórkę otartą
z jednej pomarańczy. Mieszam. Na zastygły w miseczkach karmel wlewam
chochelką rzadką masę mleczno-jajeczną. Teraz wlewam do blachy wodę,
mniej więcej do 2/3 wysokości miseczek, aby upiec, czy raczej ugotować
krem metodą bain-marie. Wstawiam do pieca (150iC) na blisko godzinę.
Po wyjęciu z pieca odstawiam do wystygnięcia, po czym chłodzę przez
co najmniej 2 godziny w lodówce. Dopiero teraz krem daje się łatwo
wyjąć z miseczki - odwracam ją do góry dnem, zdejmuję - i cr me
caramel stoi pięknie na talerzu.
Creme brulee-
Wsypuję do miski 150 g cukru i wbijam 12 żółtek. Cztery laski wanilii
przekrawam wzdłuż, zdrapuję miąższ z wewnętrznej strony każdej połówki,
siekam go drobniutko i dodaję do jajek. Chwilę ubijam trzepaczką.
Mieszam pół litra mleka z pół litra śmietany 30-proc. (można też
ograniczyć się do litra samego mleka, ale ze śmietaną krem będzie
dużo lepszy) i wlewam do żółtek. Mieszam dokładnie. Teraz rozlewam
tę miksturę (ma być rzadka, proszę się nie przejmować) do miseczek
- do cr me brulee używamy zazwyczaj płytkich, płaskodennych miseczek
z uszkami, ale można z powodzeniem posłużyć się czymś innym. Miseczki
wstawiam do piekarnika (180iC) na ok. 40 minut. Po wyjęciu deser
jest w zasadzie gotowy, choć dla lepszego efektu lubię po wystygnięciu
posypać go z wierzchu odrobiną cukru i wstawić z powrotem do pieca,
ogrzewanego tylko od góry, czekając chwilę, aż cukier się skarmelizuje.
Flan Około 200 g ciasta francuskiego "w bloku" (czasem
zagniatam je sam, czasem posługuję się gotowym, które można bez
trudu dostać w sklepie) rozwałkowuję na garści mąki do grubości
ok. 3 mm. Układam ciasto na blasze (najchętniej okrągłej, choć z
równym powodzeniem może być prostokątna) i dociskam dokładnie, tak
że ciasto przybiera kształt formy, łącznie z podwiniętymi do góry
brzegami. Do miski wbijam 8 jaj, wsypuję ćwierć kilo cukru, ubijam
chwilę, po czym - mieszając - stopniowo dodaję 100 g mąki kukurydzianej
i ubijam intensywnie do całkowitego rozmieszania i lekkiego spienienia.
Zalewam litrem gorącego mleka zagotowanego z siekanym miąższem z
dwóch lasek wanilii, mieszam dokładnie, przelewam do garnka, w którym
gotowało się mleko, stawiam na ogień i cały czas intensywnie mieszając
(z mąką mleko może się jeszcze łatwiej przypalić, a mało co jest
równie okropne, jak zapach i smak przypalonego mleka), doprowadzam
do wrzenia i gotuję, aż masa wyraźnie zgęstnieje (ok. 1 min). Wypełniam
tą leguminą formę z ciastem i piekę ok. 40 min w temperaturze 180
stopni. Gdy wystygnie, kroję na kawałki i podaję.
Flanowy
krem - Jest to jakby flan bez
ciasta i mąki, a zarazem creme caramel bez karmelu. Rozbijam 12
żółtek z 200 g cukru i zalewam litrem mleka z 1/2 l śmietanki -
i jeżeli chcę uzyskać krem o smaku kawowym, dodaję 5 g rozpuszczalnej
kawy (zamiast kawy może być 10 g kakao albo mleko zagotowane z 4
laskami wanilii). Gotuję metodą bain-marie (patrz cr me caramel)
45 minut w temperaturze 120 stopni i gotowe.
| Ziemniaki,
czyli kartofle |
|
Ziemniaki na żółto, ziemniaki pieczone w mięsnym sosie, skórzane frytki
 |
Każdy,
oczywiście, potrafi obrać ziemniaki i je ugotować. Ale zademonstruję
Państwu klasyczny sposób obierania kartofla, który my, zawodowcy,
nazywamy "kształtowaniem".
W ten sposób nie tylko szybciej pozbędziemy się skórki, ale
i nadamy ziemniakom jednakowy, zdyscyplinowany kształt. Dobieramy
ziemniaki podobnej wielkości i umywszy je starannie, krótkim
i raczej ostrym nożem obcinamy oba końce, przecinamy kartofel
na pół, po czym zdejmujemy skórkę z każdej połówki po kolei
pięcioma ruchami noża, prowadząc go zawsze ku kciukowi.
|
Pierwsze
trzy cięcia prowadzimy kolejno obok siebie, czwarte trochę dalej,
na skraju, a piąte, ostatnie, o oczko wstecz. Jest to prosta technika,
która zmieni wam życie i sprawi wiele radości.
Obraliśmy
ziemniaki dość grubo, ale skórek nie wyrzucamy, tylko wkładamy do
naczynia z zimną wodą, aby wrócić do nich za chwilę.
"Ukształtowane"
ziemniaki, w zależności od rozmiarów, mają swoje fachowe nazwy i
przeznaczenie. Największe podajemy do pieczeni, nieco mniejsze do
ryb, małe do drobiu, a te malutkie, zwane "oliwkami",
do rozmaitych mięs, zwłaszcza duszonych w sosie. Do tych ostatnich
niektórzy kucharze mają uzasadnioną awersję - np. mój pierwszy szef,
człowiek dokładny, ale i surowy, za kuchenne przewinienia sadzał
delikwenta do strugania oliwek na cały dzień, a była to bardzo duża
restauracja w Lucernie.
(Przy
okazji! Nie przechowujcie w lodówce ziemniaków już obranych. W niskich
temperaturach skrobia się scukrza i ziemniaki czernieją. Mnie przytrafiło
się to tylko raz, na początku kariery, za co przyszło mi naobierać
"oliwek" na 250 osób.)
Ziemniaki
na żółto
Obrane
kartofle kąpiemy przez godzinę w zimnej wodzie z łyżeczką szafranu,
najlepiej świeżego, ale z powodzeniem może być i suszony, który
występuje w postaci proszku (tylko że suszony bywa często oszukany,
na bazarach w Kairze widywałem sprzedawaną w charakterze szafranu
tartą skórkę grenadiny, zdarza się też wręcz, że oszuści podsypują
otartego ze ściany żółtego tynku; nosem jednak łatwo poczuć różnicę
- chyba że, niestety, szafran kupujemy w zamkniętych paczuszkach).
Następnie solimy i gotujemy do pierwszej miękkości, zwykle ok. 20
minut.
Takie
ziemniaki to klasyczny dodatek do ryb, zwłaszcza gotowanych. Szafran
nadaje im nie tylko pięknego żółtego koloru, ale i wpływa na smak
i aromat kartofla.
Ziemniaki
pieczone w mięsnym sosie
Zaczynamy
od sosu. Rozmaite mięsne skrawki i odrzuty kroimy na drobne kawałki
i podsmażamy na oleju na złotobrązowo. Następnie dodajemy pokrojoną
w drobną kostkę marchew, cebulę i seler, łyżkę koncentratu pomidorowego
i kieliszek czerwonego wina. Całość gotujemy, aż objętość zredukuje
się o połowę, po czym zalewamy wodą tak, aby zwiększyć objętość
dwukrotnie. Do smaku można dodać liść bobkowy lub paprykę, ale posolimy
dopiero na końcu, bo wcześniej trudno określić smakiem, ile soli
nam trzeba. Gotujemy to znowu około pół godziny i przecieramy przez
sito. Znowu gotujemy tak, by zredukowało się o połowę i jeszcze
raz przecieramy przez sito.
Taki
sos można długo przechowywać w lodówce, warto więc przygotować większą
ilość, żeby mieć na zapas. Można go podawać z rozmaitymi mięsami
(ale nigdy z drobiem).
Żaroodporne
naczynie smarujemy masłem (najwygodniej wziąć na palec), zalewamy
niewielką ilością bulionu i na tym układamy ziemniaki. Posypujemy
je rozmarynem i tymiankiem lub majerankiem (ziemniaki lubią majeranek).
Polewamy sosem. Jeśli mamy w domowym arsenale kucharski pędzelek,
należy go użyć, by pociągnąć sosem każdy kartofelek. Jeśli nie,
można posłużyć się łyżką. I do pieca. Wyjmujemy po 20 minutach i
podajemy jako osobne danie albo w charakterze dodatku np. do cielęcych
kotletów.
Skórzane
frytki
Skórki
wyjmujemy z wody i osączamy na ściereczce lub na papierowym ręczniku
(leżąc w wodzie, nie tylko nie zbrązowiały, ale i nabrały chrupkości,
co zresztą odnosi się także do ziemniaków przygotowywanych na klasyczne
frytki). Podczas gdy w garnku podgrzewa się frytura (np. olej słonecznikowy),
przygotowujemy trzy miseczki: z rozkłóconym jajkiem, mąką pszenną
i tartą bułką. Maczamy łupiny kolejno w każdej miseczce i ostrożnie
wrzucamy do oleju (ok. 180°C). Gotowe frytki najlepiej wyjmować
łyżką cedzakową i układać na papierze dla osączenia z tłuszczu.
Do gorących skórek podajemy zimne sosy, zwane dipami, np. majonez
z wyciśniętym lub zgniecionym czosnkiem, majonez z drobno posiekanymi
świeżymi ziołami, zagęszczony twarożkiem homogenizowanym jogurt
ze sproszkowaną papryczką chilli, jogurt z koperkiem i szczypiorkiem.
Taki
sposób przyrządzenia ziemniaków silnie eksponuje smak skórki. Danie
to - w Polsce zupełnie nie znane - jest popularne w niektórych krajach
Zachodu, zwłaszcza w USA. W Kuwejcie, gdzie wprowadziłem je jako
wstępną zakąskę ("czekadełko") do menu
Hotelu SAS, zrobiły absolutną furorę i nie widzę powodu, żeby w
Polsce było inaczej.
Wątróbka
saute, wątróbka z jabłkami, wątróbka z ziołami, saltimbocca alla
Romana
Spośród
różnorakich podrobów wątroba znajduje najszersze zastosowanie w
kuchni. A z wszystkich wątróbek właśnie cielęca uważana jest za
najsmaczniejszą. Dzisiaj będziemy ją smażyć.
Przede
wszystkim należy zwrócić uwagę, żeby wątroba by- ła świeża, jako
że wszystkie podroby psują się znacznie szybciej niż mięso. Przy
kupowaniu sprawdzam, czy jest gładka, elastyczna i wilgotna.
Zaraz
po kupieniu należy wątrobę oczyścić (nawet, jeżeli nie zamierzamy
przyrządzić jej od razu). Od spodu wycinam końcówki żył i wszystko,
co białe. Teraz zdejmuję przezroczystą błonę, którą cała wątroba
jest pokryta (gotowana z błoną jest nieprzyjemnie twarda z wierzchu).
Robię to rękami - wpycham palec pod błonkę i ściągam ją powoli i
ostrożnie, żeby się nie rwała.
Wątróbka
saute
Umytą
i obsuszoną wątrobę kroję w paski ok. centymetrowej grubości, licząc
po ok. 150 g na osobę.
Na
dużym ogniu rozgrzewam olej i umieszczam nań paski, układając je
"od siebie", żeby się nie popryskać wrzącym tłuszczem.
(Wielu kucharzy przed położeniem wątróbki na patelni lubi ją obtaczać
w mące, ja jednak wolę bez).
Smażę
na dużym ogniu, z obu stron, w sumie niecałą minutę (zbyt dłu- go
smażona byłaby sucha i szara w przekroju). Wątróbka ma być sprężysta,
z wierzchu przyrumieniona, w środku różowa, a nawet leciutko krwista.
Solę
i pieprzę dopiero pod sam koniec smażenia, ponieważ posolona za
wcześnie, twardnieje.
Wątróbka
z jabłkami
Jabłko
(w ilości podobnej jak wątróbka) kroję w cienkie cząstki, raczej
w ósemki, a nawet szesnastki, niż w ćwiartki.
Czyszczę
i obieram ze skórki, dla ładnego, zaokrąglonego kształtu obcinam
końcówki.
Smażę
jabłka na maśle. Kiedy są już miękkie, dodaję pokrojoną w paski
wątrobę. Podlewam kieliszkiem bia-łego wina i smażę najpierw na
dużym ogniu, potem jeszcze trochę na małym, szarpiąc co chwila patelnią,
żeby nic do niej nie przywierało.
Podaję
z krążkami cebuli maczanymi w cieście piwnym, smażonymi w głębokim
oleju, i z odsmażanymi ziemniakami. (Przepis na ciasto piwne zamieściłem
w lekcji poświęconej jabłkom: sypię do miski 200 g mąki, dodaję
szczyptę soli i łyżkę stołową cukru, mieszam, wbijam dwa jaja i
jedno żółtko, wlewam ćwierć litra piwa, mieszam dokładnie trzepaczką
i delikatnie dodaję pianę z dwóch białek).
Wątróbka
z ziołami
Oczyszczoną
i pokrojoną w paski wątróbkę (jak w poprzednim przepisie) kroję
dalej, skośnie, na mniejsze cząstki. Smażę je tak jak w pierwszym
przepisie, tylko jeszcze odrobinę krócej, zdejmuję z patelni i odkładam
na bok.
Podsmażam
na maśle drobno posiekaną cebulę (jedna duża na 3-4 porcje), gdy
się zeszkli, podlewam kieliszkiem białego wina i dodaję 1-2 łyżki
sosu mięsnego (demi glace), który zawodowy kucharz zawsze ma na
podorędziu.
Dosypuję
po solidnej szczypcie siekanej bazylii, tymianku i estragonu (oczywiście
najlepiej świeżych) i trochę zielonej pietruszki. Mieszam, a gdy
masło połączy wszystkie składniki w sos, wkładam z powrotem wątróbkę,
znowu mieszam i gdy tylko się podgrzeje na małym ogniu, podaję na
stół.
Do
takiej wątróbki świetnie pasuje ryż, ziemniaki puree albo maka-
ron, ja najchętniej podaję szwajcar-skie spatzle, którym poświęcę
osobną lekcję.
Saltimbocca
alla Romana
Niniejszy
przepis nie dotyczy wątroby, ale jest atrakcyjnym uzupełnieniem
lekcji poprzedniej, poświęconej cielęcym kotletom.
Centymetrowej
grubości eskalopki (po 2 na porcję) rozbijam lekko przez plastikową
folię. Nie obtaczam w mące, co lubią robić niektórzy włoscy kucharze.
Na każdym układam kilka listków świeżej szałwii, które przykrywam
cienkim plasterkiem szynki parmeńskiej (z braku oryginalnej, włoskiej,
można posłużyć się łatwiej dostępną polską szynką surową wędzoną
na zimno, najlepiej ?staropolską? z Ostródy). Zszywam każdy eskalop
wykałaczką z wierzchu, a solę i pieprzę tylko od spodu. Smażę na
oleju, najpierw wierzchem do dołu. Po zdjęciu kotletów "deglasuję"
patelnię, wylewając na nią pół kieliszka porto, madery albo innego
czerwonego słodkiego wina, dodaję szczyptę siekanej pietruszki i
na dużym ogniu mie- szam intensywnie trzepaczką upaćkaną w miękkim
maśle, aż sos połączy się w gładką całość.
Wyjmuję
z kotletów wykałaczki, podaję z risotto, zwykłym lub grzybowym,
albo z polentą z kaszki kukurydzianej. Na wydaniu polewam sosem.
Consomme,
czyli klarowany bulion
Consomme
wołowe, zupa winna, consomme imbirowe, zimne consomme po madrycku
Nie
może być szkoły gotowania bez lekcji przyrządzania consomme, najdoskonalszego
wcielenia rosołu. To wykwintny smakołyk sam w sobie, a nadto podstawa
subtelnych kucharskich kompozycji.
Consomme
to wzbogacony, skoncentrowany i sklarowany bulion. W kuchni domowej
przyrządza się go dość rzadko, pochłania bowiem dużo czasu i wysiłku,
a w dodatku przy braku ostrożności łatwo może się nie udać. Dla
wrażliwych podniebień to jednak wielki przysmak.
Consomme
wołowe
Pierwszy
etap to przygotowanie bulionu. Trwa to aż całą dobę.
Wołowe
kości zalewam wrzątkiem (1,5 kg na 1 l), gotuję aż wyjdą z nich
szumowiny, po czym wstawiam pod bieżącą zimną wodę na całą godzinę.
Zalane zimną wodą stawiam z powrotem na kuchnię, zagotowuję, zdejmuję
szumowiny i zmniejszam ogień.
Podpiekam
na blasze lub nad ogniem dwie połówki cebuli i wrzucam do wywaru
razem z 1 marchwią, 1/2 pora, 100 g selera i 2 liśćmi bobkowymi.
Teraz gotuję to wszystko przez następnych 6-8 godzin na malutkim
ogniu, na tyle żeby utrzymać wywar w punkcie wrzenia, aby bulion
wyciągnął cały smak z kości. W miarę gotowania wywar staje się coraz
bardziej klarowny. Potem wyjmuję kości i warzywa, bulion przelewam
do innego naczynia i odstawiam na noc do schłodzenia, najlepiej
do lodówki.
Następnego
dnia, przystępując do drugiej fazy przedsięwzięcia, zaczynam od
zebrania pływającego po wierzchu stężałego tłuszczu (jeśli chcę
wykorzystać bulion dopiero po kilku dniach, to zostawiam tłuszcz
i zdejmuję przed samym użyciem - tłuszcz chroni smak bulionu, stanowi
naturalną pokrywkę zabezpieczającą przed kontaktem z innymi produktami).
Na
5 litrów wywaru biorę teraz kilo wołowiny, mogą być z powodzeniem
skrawki. Mięso, 2 marchwie i 1 seler siekam drobno nożem (można
też przekręcić przez maszynkę nastawioną na najgrubsze cięcie).
Dla koloru dodaję jednego pomidora (wtedy consomme będzie jaśniejsze).
Do tego wlewam białko z 2 jajek i mieszam, najlepiej ręką. Odstawiam
na 20 minut.
Teraz
wrzucam w to ok. pół kilo kruszonego lodu i znowu mieszam. Wlewam
cały bulion (5 l), dorzucam kilka goździków i liści bobkowych i
stawiam na mały ogień. Mieszam (można np. łyżką cedzakową), żeby
nic nie przywarło do dna i nie przypaliło się - trzeba pilnować,
jak grzejącego się mleka. Widzę, jak stopniowo ścina się białko,
zupa zaczyna się jakby "warzyć", po czym mięso wypływa
na wierzch i formuje się w coraz bardziej zbity blok. Kiedy masa
na wierzchu zaczyna się ruszać, "oddychać", przestaję
mieszać, tylko odsuwam masę łyżką od brzegu garnka i patrzę, czy
wywar jest już dość klarowny.
Jeśli
jest mętny i szary, mogę spróbować zastosować zabieg ratunkowy -
wrzucam jeszcze jedną porcję kruszonego lodu i białka i powtarzam
proces klarowania. Consomme będzie teraz słabsze i jaśniejsze, ale
nadal dobre. Jak teraz się nie uda, to już klapa (w poważnej restauracji
można w tym momencie zmarnować 30-40 kilo mięsa!).
Kiedy
wywar zaczyna kipieć po bokach, zdejmuję z ognia i odstawiam do
schłodzenia (co najmniej 20 min). Nabieram teraz wywar z mięsem
chochlą i przelewam przez sito wyłożone gazą lub bibułką.
Przed
podaniem doprawiam solą i pieprzem.
Jeśli
pragnę osiągnąć szczególnie esencjonalny wywar - consomme double
- biorę od początku podwójną porcję mięsa.
Zupa
winna
Do
bulionu wlewam białe wino mniej więcej w proporcji 100 g na litr,
ale każdy musi wyczuć, jaka proporcja najbardziej mu odpowiada -
chodzi o to, żeby zupa od zbyt dużej ilości wina nie zrobiła się
kwaśnawa. Zaciągam słodką śmietaną i zagotowuję. Dorzucam cieniutkie
paseczki jarzyn (np. marchewka) i podgotowuję. Na wydaniu posypuję
siekaną natką pietruszki.
Consomme
imbirowe
Do
gotowego consomme (1 l) dodaję 100 g obgotowanych osobno i pokrojonych
w paseczki strączków cukrowego zielonego groszku (można go w Polsce
gdzieniegdzie dostać), 25 g drobno posiekanego świeżego imbiru,
i doprawiam ok. 25 g sosu sojowego Kikkoman (albo innego japońskiego).
Zimne
consomme po madrycku
A
teraz rewelacyjny chłodnik.
Do
gorącego consomme dodaję trochę żelatyny (7 g/l) - ale jak wywar
jest bardzo dobry, intensywny, to samo się zetnie. Odstawiam do
schłodzenia do lodówki, zupa powinna osiągnąć konsystencję lekko
galaretowatą.
Podaję
z gotowanym ryżem i drobno pokrojonymi, obranymi ze skórki pomidorami.
Zapiekane
desery z mleka, jajek i cukru
Creme
caramel, creme brulee, flanowy krem
Zapiekane
słodycze z mleka, jajek i cukru to cała osobna kategoria sztuki
cukierniczej. W Polsce to już chyba rzadkość, ale je się to bardzo
chętnie w całej Europie.
Dziś
przedstawię Państwu całą rodzinę wspaniałych deserów. Są one bardzo
różnej proweniencji - i tak creme caramel oraz creme brulee zaliczają
się do arystokracji, godne zamykać najbardziej wykwintną kolację;
flan to plebejusz, francuski przysmak ludowy; a flanowy krem to
nuworysz, jedna z wie- lu możliwych wariacji na te tema- ty. Ale
każdy z nich może być pyszny, jeśli się go właściwie przyrzą- dzi.
Zarazem robi się je wszystkie z podobnych produktów i w podobny
sposób.
Creme
caramel
Najpierw
robię karmel. Do garnka wsypuję 200 g cukru i stawiam na średni
ogień. Od czasu do czasu mieszam drewnianą łyżką (ale nie za szybko
i gwałtownie, bo porobią się grudy). Kiedy już cukier zaczyna się
rozpuszczać i wrze po bokach, dolewam 100-150 g wody i mieszam trochę
bardziej intensywnie, ewen-tualne grudki rozgniatam (trzeba bardzo
uważać, żeby się nie sparzyć). Chodzi o to, że prawidłowy karmel
musi być brązowy - gdy staje się czarny, to znaczy, że się przypalił
i będzie gorzki.
Do
głębokiej blachy lub podobnego wodoszczelnego i żaroodpornego pojemnika
wstawiam małe, ale głębokie miseczki (albo inne podobne naczynia,
mogą też być małe rynienki). Chochelką wlewam do miseczek karmel,
tyle tylko, aby przykryć dno kilkumilimetrową warstwą. Odstawiam
do wystygnięcia.
Zagotowuję
litr mleka z dwiema laskami wanilii.
Wsypuję
do miski drugie 200 g cukru, wbijam na to 8 żółtek, plus 4 całe
jajka. Ubijam trzepaczką do rozpuszczenia się cukru (najlepiej posługiwać
się, niepopularną w Polsce, trzepaczką sprężynową, ale taką o drutach
ułożonych elipsoidalnie, w każdym razie ja posługuję się wyłącznie
taką - zresztą wcale nie chodzi o to, żeby piana "stanęła").
Do
rozkłóconych żółtek wlewam ugotowane mleko i wsypuję skórkę otartą
z jednej pomarańczy. Mieszam.
Na
zastygły w miseczkach karmel wlewam chochelką rzadką masę mleczno-jajeczną.
Teraz wlewam do blachy wodę, mniej więcej do 2/3 wysokości miseczek,
aby upiec, czy raczej ugotować krem metodą bain-marie. Wstawiam
do pieca (150iC) na blisko godzinę.
Po
wyjęciu z pieca odstawiam do wystygnięcia, po czym chłodzę przez
co najmniej 2 godziny w lodówce. Dopiero teraz krem daje się łatwo
wyjąć z miseczki - odwracam ją do góry dnem, zdejmuję - i cr me
caramel stoi pięknie na talerzu.
Creme
brulee
Wsypuję
do miski 150 g cukru i wbijam 12 żółtek. Cztery laski wanilii przekrawam
wzdłuż, zdrapuję miąższ z wewnętrznej strony każdej połówki, siekam
go drobniutko i dodaję do jajek. Chwilę ubijam trzepaczką.
Mieszam
pół litra mleka z pół litra śmietany 30-proc. (można też ograniczyć
się do litra samego mleka, ale ze śmietaną krem będzie dużo lepszy)
i wlewam do żółtek. Mieszam dokładnie.
Teraz
rozlewam tę miksturę (ma być rzadka, proszę się nie przejmować)
do miseczek - do cr me brulee używamy zazwyczaj płytkich, płaskodennych
miseczek z uszkami, ale można z powodzeniem posłużyć się czymś innym.
Miseczki wstawiam do piekarnika (180iC) na ok. 40 minut.
Po
wyjęciu deser jest w zasadzie gotowy, choć dla lepszego efektu lubię
po wystygnięciu posypać go z wierzchu odrobiną cukru i wstawić z
powrotem do pieca, ogrzewanego tylko od góry, czekając chwilę, aż
cukier się skarmelizuje. Flan
Około
200 g ciasta francuskiego "w bloku" (czasem zagniatam
je sam, czasem posługuję się gotowym, które można bez trudu dostać
w sklepie) rozwałkowuję na garści mąki do grubości ok. 3 mm. Układam
ciasto na blasze (najchętniej okrągłej, choć z równym powodzeniem
może być prostokątna) i dociskam dokładnie, tak że ciasto przybiera
kształt formy, łącznie z podwiniętymi do góry brzegami.
Do
miski wbijam 8 jaj, wsypuję ćwierć kilo cukru, ubijam chwilę, po
czym - mieszając - stopniowo dodaję 100 g mąki kukurydzianej i ubijam
intensywnie do całkowitego rozmieszania i lekkiego spienienia.
Zalewam
litrem gorącego mleka zagotowanego z siekanym miąższem z dwóch lasek
wanilii, mieszam dokładnie, przelewam do garnka, w którym gotowało
się mleko, stawiam na ogień i cały czas intensywnie mieszając (z
mąką mleko może się jeszcze łatwiej przypalić, a mało co jest równie
okropne, jak zapach i smak przypalonego mleka), doprowadzam do wrzenia
i gotuję, aż masa wyraźnie zgęstnieje (ok. 1 min).
Wypełniam
tą leguminą formę z ciastem i piekę ok. 40 min w temperaturze 180
stopni.
Gdy
wystygnie, kroję na kawałki i podaję.
Flanowy
krem
Jest
to jakby flan bez ciasta i mąki, a zarazem creme caramel bez karmelu.
Rozbijam 12 żółtek z 200 g cukru i zalewam litrem mleka z 1/2 l
śmietanki - i jeżeli chcę uzyskać krem o smaku kawowym, dodaję 5
g rozpuszczalnej kawy (zamiast kawy może być 10 g kakao albo mleko
zagotowane z 4 laskami wanilii).
Gotuję
metodą bain-marie (patrz cr me caramel) 45 minut w temperaturze
120 stopni i gotowe.
Drób
Kurczak
po wiejsku z cytryną, kurczak pieczony z pomarańczą
Przyrządzanie
mięsa drobiowego to w kuchni cały osobny dział. Zaczniemy, oczywiście,
od kurczaka. Dziś proponuję jedną wersję smażoną i jedną pieczoną.
Kurczę
to jeden z podstawowych surowców w większości kuchni świata, choć
na przykład na Jamajce, gdzie przez jakiś czas przyszło mi gotować,
należy do bardzo drogich rarytasów. Raz jeden z moich podkuchennych
próbował ukraść kurczaka ze spiżarni, ale zanim doszedł do drzwi
wyjściowych, upadł bez czucia na podłogę - schował go pod kapeluszem,
a kurczak był mocno zamrożony...
Polscy
kucharze wiedzą o kurczakach dużo, zauważyłem jednak, że gdy go
porcjują przed smażeniem, to zwykle kroją najpierw wzdłuż, potem
w poprzek, a to przede wszystkim daje nieładny efekt. Ja to robię
następująco:
Najpierw
odcinam skrzydełka, tnąc w poprzek stawu, bo tak najłatwiej (to
miejsce łatwo wyczuć palcami). Następnie odcinam szyję (zauważyłem,
że w Polsce często podaje się kurczaka razem z szyją, co na świecie
raczej nie jest przyjęte). Teraz nogi - ostrym nożem nacinam skórę
po wewnętrznej stronie uda, tak że mięso samo się rozstępuje, po
czym odginam kość, którą w ten sposób odłączam od reszty bez żadnego
wysiłku. Pierś odkrawam od spodu (powinna odejść bez trudu) i dzielę
ją na pół, tnąc od góry (to jedyny moment wymagający minimum wysiłku).
Skórę oczywiście zostawiam na mięsie, dzięki niej kurczak będzie
nie tylko smaczniejszy, ale także ładniej się będzie prezentował.
Na koniec odcinam końcówkę kości nogi (to nie jest zabieg konieczny,
tylko noga później lepiej wygląda) i dzielę ją na pół, krojąc w
poprzek stawu, także i pierś przepoławiam w poprzek.
Kurczak
po wiejsku z cytryną
Oto
jeden z wariantów kurczaka smażonego, mój ulubiony. Danie to można
przyrządzić nawet w najbardziej prymitywnych warunkach, choćby i
na ognisku, na patelni obozowej.
Obieram
cytrynę (końcówek nie wyrzucam) i kroję ją w plastry. Po jednym
lub więcej plastrze cytryny wpycham pod skórkę każdego kawałka pokrojonego
jak wyżej kurczaka. Solę i pieprzę mięso (można też poprószyć mąką
dla koloru, ale ja staram się raczej unikać mąki w kuchni) i kładę
na rozgrzany na dużej patelni lub w brytfannie olej. Zawsze smażę
drób najpierw skórką do spodu, bo inaczej skóra się zmarszczy i
nie zapiecze się w chrupką skorupkę. Obsmażam z obu stron po 3-4
min. Myję dużą główkę czosnku, odkrawam końcówkę, ale nie obieram
- czosnkowa łupina nadaje potrawom przy smażeniu znakomitego smaku
- dorzucam na patelnię, mieszam, a po chwili dodaję jeszcze szczyptę
majeranku. Kiedy po kuchni rozejdzie się zapach czosnku, dodaję
umyte i pokrojone w ćwiartki małe ziemniaki (nie obrane) i podlewam
białym wytrawnym winem (ok. 50 g). Teraz wykorzystuję odkrojone
na wstępie końcówki cytryny, wyciskając z nich sok na patelnię.
Jeśli dysponuję piecem, to kiedy całość się zagotuje, wkładam patelnię
na 15-20 min do piekarnika (180iC), w przeciwnym razie smażę dalej
na małym ogniu 20-25 min, pilnując, żeby się nie przypaliło.
Kurczak
pieczony z pomarańczą
Kroję
pomarańczę na ćwiartki i wpycham w kurczaka razem z ząbkiem czosnku.
Potem smaruję go masłem (można też oliwą lub olejem), solę i pieprzę,
wkładam do brytfanny, obkładam dookoła kilkoma kawałkami grubo krojonej
marchwi, pora i cebuli, a następnie wkładam do pieca (200iC) na
45-50 min, aż złotozbrązowieje. W trakcie pieczenia dobrze jest
od czasu do czasu podlać go masłem zbierającym się na dnie brytfanny,
stopniowo coraz bardziej zmieszanym z wypływającym z kurczaka tłuszczem.
Żeby przekonać się, czy kurczę jest już upieczone, ustawiam je pionowo
i obserwuję wysączający się z niego sok - jeśli jest klarowny, to
drób jest gotowy, a jeśli brązowawy, trzeba go jeszcze trochę dopiec.
Teraz
krojenie (warto ustawić obok miskę z zimną wodą do chłodzenia rąk,
bo po wyjęciu z pieca mięso przecież jest gorące). Najpierw nacinam
nogi i odłamuję pałki, potem przekrawam ptaka wzdłuż przez środek,
ale samo mięso, nie naruszając chrząstki, odpychając jednocześnie
mięso od kości i docinam na końcu kość udową.
My,
zawodowcy, staramy się to zrobić jak najdokładniej, chociaż powiadają,
że każdy kawałek mięsa, który pozostanie przy kościach, należy do
kucharza.
Na
samym końcu wyjęte z wnętrza kurczaka pomarańcze wyciskam do sosu.
Podaję z pieczonymi ziemniakami lub z makaronem (najlepiej szerokie
wstążki).
Dym
w kuchni, czyli wędzenie
Ryba
wędzona na gorąco, kurczak wędzony na gorąco, kaczka po singapursku
Nauczę
Państwa, jak prostym sposobem nadać rybie lub drobiowi fenomenalny
smak przez parzenie w aromatycznym dymie.
Będzie
to tak zwane wędzenie gorące, w odróżnieniu od zimnego, które wymaga
bardziej skomplikowanych warunków i dużo więcej czasu. Inny jest
też efekt - wędzenie gorące to właściwie specyficzny rodzaj pieczenia,
po zimnym wędzeniu produkt pozostaje w zasadzie surowy.
Potrzebne
nam są dwa metalowe naczynia: miski, garnki, a najlepiej dwa aluminiowe
pojemniki, polecam też dostępne w handlu pudełka z grubej folii
aluminiowej. Musimy zdobyć też trochę trocin (drobnych wiórków),
które dostaniemy u każdego stolarza (trzeba tylko uważać, żeby nie
były to odpadki z drewna nasączonego jakąś chemią).
Funkcję
rusztu najlepiej spełni druciana kratka, raczej z dużymi oczkami.
Taka
"wędzarnia" jest też łatwa do zaimprowizowania na pikniku
i sprawi dużo radości, na przykład, zgłodniałym wędkarzom. Wędzenie
Do
jednego z pojemników sypię pełną garść trocin, dodaję ok. 10 rozgniecionych
kulek jałowca, pokruszoną gwiazdkę badianu (anyżu gwiazdkowatego),
dużą szczyptę suszonego tymianku oraz 3-4 liście bobkowe. Dym można
przyprawiać rozmaicie, ale to jest moja ulubiona kombinacja.
Kładę
ruszt, na nim mięso, przykrywam drugim pojemnikiem i stawiam na
ogniu albo na elektrycznej płytce (patrz zdjęcia obok); na początku
na dużym płomieniu, ale już po chwili, kiedy spomiędzy pojemników
zacznie wydobywać się wonny dym, przykręcam na mały, uważając, że-
by się nie przypiekło (nie ma oba-wy, trociny nie będą się palić,
a tylko tlić).
Ryba
wędzona na gorąco
Do
przyrządzania opisaną wyżej techniką nadają się w zasadzie wszystkie
ryby - ja najbardziej lubię łososia, turbota, sandacza, ale znakomity
będzie też pstrąg, okoń, karp czy inna dostępna ryba. Musi tylko
być świeża i sfiletowana, bez skóry. Lepiej, żeby filety nie były
zbyt grube, wtedy robią się szybciej i lepiej. Przed położeniem
na ruszcie każdy filet obtaczam w oliwie.
Czas
obróbki cieplnej jest kwestią dość względną. U mnie trwa to zwykle
8-12 minut, ale zależy zarówno od wielkości metalowych pojemników,
rodzaju trocin, jak i grubości fileta.
Czy
ryba jest gotowa, najlepiej sprawdzać przez naciskanie palcem -
powinna być elastyczna, nie za miękka i nie za twarda - z tym że
techniki tej można się nauczyć wyłącznie metodą prób i błędów.
Na
początek, proponuję wyjąć, odkroić plasterek, spróbować i ewentualnie
odłożyć filet z powrotem na ruszt (czasem trzeba dosypać trocin,
gdy okażą się już całkiem zwęglone).
Gotową
rybę po wyjęciu posypuję odrobiną soli i układam na kleksie jogurtu,
przybieram koperkiem i podaję z ziemniakami z wody.
Kurczak
wędzony na gorąco
Oczyszczone
połówki piersi kurczaka smaruję oliwą, posypuję z obu stron świeżo
zmielonym pieprzem, kładę na ruszt i przykrywam. Po 10 minutach
przewracam kurczaka na drugą stronę. Po następnych 5 minutach wyjmuję,
układam na posmarowanej oliwą blasze i wkładam na ok. 10 minut do
rozgrzanego do 150oC pieca. Dopiekania można uniknąć, gdy wędzarnia
jest względnie dużych rozmiarów i czas wędzenia dużo dłuższy, co
jest możliwe, a wręcz konieczne w plenerze, w kuchni jednak nie
ma na to zwykle warunków. Mięso kurczaka powinno być całkowicie
upieczone, ścięte.
Sos
przygotowuję w międzyczasie: w soku z połowy cytryny rozpuszczam
ok. 50 g cukru pudru, a następnie dodaję po kropelce 100 g dobrej
oliwy, cały czas intensywnie mieszając miotełką, trochę podobnie
jak przy kręceniu majonezu (proporcje cytryny i cukru są dość względne,
zależą od indywidualnego smaku). Dorzucam kilka listków pokrojonej
w duże strzępki zielonej kolendry i łyżkę drobno siekanego szczypiorku
(nie mając świeżej kolendry, nie zastępuję jej kolendrą suszoną,
tylko dodaję więcej szczypiorku). Mieszam.
Na
talerzu układam rozetę z cienkich plasterków świeżego ogórka (nie
obranego ze skórki), oblewam 1-2 łyżkami gęstego jogurtu, na tym
kładę kawałki obranego awokado, na awokado pokrojonego w plastry,
posolonego kurczaka i całą tę piramidkę zalewam 2-3 łyżkami sosu.
Warzywa można też zmieszać z jogurtem w osobną sałatkę, ale ostatnio
w kuchni światowej modne są ?kompozycje pionowe?. Podaję z pieczywem.
Kaczka
po singapursku
Pierś
kaczki, razem ze skórą, nacinam w szeroką kratkę, obtaczam w solidnej
porcji sosu sojowego i pozostawiam w miseczce do zamarynowania na
ok. 15 minut. Wędzę trochę dłużej niż kurczaka, po czym przekładam
na ok. 15 minut do pieca (150oC). Kaczka powinna pozostać saignant,
czyli lekko surowawa, ale na tyle miękka, żeby dała się gryźć.
W
międzyczasie na oliwie podsmażam jedną dużą pokrojoną w paski cebulę
(kroję ją wzdłuż, a nie, jak zwykle, w poprzek) i jedną podobnie
pokrojoną słodką paprykę. Dorzucam pokrojony w paseczki duży plaster
szynki, szczyptę kurkumy, 2 łyżki sosu sojowego i 2 łyżki sosu ostrygowego.
Chwilę smażę, mieszając, i wkładam w to 200 g (proporcje na 4 osoby)
surowego makaronu sojowego, podlewam odrobiną bulionu i mieszam
dalej, aż makaron będzie miękki (ok. 5 min).
Jednocześnie
na drugiej patelni smażę jajecznicę na oleju (1 jajko na porcję).
Kładę na talerzu na makaronie z papryką. Na samym wierzchu układam
wachlarzyk z pokrojonej w plasterki i osolonej kaczej piersi.
Dziczyzna
Medaliony
z jelenia z żurawiną, zrazy zawijane z jelenia
Potrawy
z mięsa zwierząt leśnych to ceniony przysmak w większości kuchni
europejskich, także polskiej, więc mimo ewidentnych trudności z
zaopatrzeniem warto umieć przyrządzić polędwicę z jelenia, kiedy
już jakimś cudem trafi nam ona w ręce
Proponuję
dwie może nieproste, ale smakowite potrawy z leśnej dziczyzny rogatej
- jelenia, sarny, daniela, łosia. Te zwierzęta jedzą najlepszą trawę,
dlatego mają najsmaczniejsze mięso. Najchętniej przyrządzam jelenia,
bo to najlepszy kąsek w tym towarzystwie, ale oba dzisiejsze przepisy
można zastosować do pozostałej dziczyzny płowej (ale już nie do
np. dzika!). Wbrew dość powszechnemu przekonaniu, że każda dziczyzna
musi najpierw skruszeć, jelenia i sarnę można obrabiać na całkiem
świeżo.
Medaliony
z jelenia z żurawiną
Z
jeleniego combra wycinam polędwicę (można też robić medaliony z
innych dobrych kawałków combra), oczyszczam ją ze srebrzystej błony
i kroję w plastry grubości na dwa palce (licząc po trzy sztuki na
porcję). Każdy kawałek mięsa rozbijam lekko z obu stron na kotleciki
grubości ok. pół centymetra.
Obieram
winne jabłka, przekrawam na pół i drążę tak, aby powstały "miseczki"
(po jednej na porcję). Zagotowuję wodę osłodzoną łyżką cukru i wkładam
do niej jabłka na blisko 3 minuty.
Kroję
w plastry, a potem w słupki (po ok. 30 g na porcję) wędzony boczek,
drugie tyle pieczarek i trzecie tyle leśnych grzybów (jak nie ma
świeżych, to suszone).
Na
gorącą patelnię sypię cukier (ok. łyżki stołowej na porcję) i jak
się zaczyna topić, wrzucam świeże żurawiny (ok. 30 g na porcję).
Wlewam białe wino (ok. 50 g na dwie porcje) i trochę wody (może
być od jabłek). Gotuję krótko, byle sos trochę zgęstniał. Na drugiej
patelni kładę w rozgrzaną oliwę medaliony (aby zasłużyć na to miano,
kotleciki winny mieć kształt owalny; oliwy może być dużo, nawet
do połowy grubości kotleta) i smażę po ok. 30 sekund z każdej strony
(wystarczy, bo to nadzwyczaj delikatne mięso). Mięso wykładam na
talerz, oliwę z patelni wylewam i od razu na jej miejscu kładę boczek.
I jak tylko się podtopi, wrzucam grzyby i pieczarki, podlewam 4
łyżkami sosu mięsnego (każdy zawodowy kucharz zawsze ma go na podorędziu,
amatorzy mogą z powodzeniem sięgnąć po dobrej klasy proszek) i 50
g czerwonego wina. Z powrotem wkładam mięso, koniecznie razem z
sokiem, który z niego wyciekł (bo bardzo dodaje smaku), solę, pieprzę
i gotowe.
Medaliony
układam wachlarzykami na talerzach, obok nich ugotowane jabłko wypełnione
żurawiną. Mięso polewam dość obficie sosem z grzybami i boczkiem.
Podaję
z makaronem albo, jeszcze lepiej, z kluskami zwanymi spatzle, którym
poświęcę kiedyś osobną lekcję.
Zrazy
zawijane z jelenia
Polędwicę
(lub inny kawałek combra) kroję na części długości ok. 10 cm (150
g), a potem przecinam wzdłuż, ale nie do końca, tak aby dały się
rozłożyć w podwójnej wielkości płat, grubości ok. 1 cm (patrz zdjęcia
obok). Można też przeciąć całkowicie, wtedy będziemy mieli dwa płaty
i dwa zrazy, tyle że mniejsze. Każdy płat mięsa z osobna kładę na
przezroczystej folii kuchennej, zakładam folię (mięso jest nią teraz
owinięte) i delikatnie rozbijam tłuczkiem na kotlety grubości 2-3
mm (bez folii to delikatne mięso mogłoby się uszkodzić, podziurawić).
Tę
samą czynność powtarzam z morelami, rozbijając je na możliwie płaskie
krążki (ale bez przesady).
Każdy
płat mięsa smaruję pasztetem z kurzych wątróbek, (mniej więcej tak,
jak chleb masłem). Na pasztecie układam morele (2-3 na zraz), a
na nich warstwę mielonej wieprzowiny. Zakładam do środka brzegi
(ok. 0,5 cm, wcześniej zadbałem, żeby pozostały nie przykryte farszem,
i zwijam w rulon, który na samym końcu wzmacniam, przebijając dwiema
wykałaczkami.
Każdy
zraz posypuję dookoła solą i pieprzem, lekko obtaczam w pszennej
mące (zasadniczo jestem przeciwny obtaczaniu mięsa w mące przed
smażeniem, ale w tym wy-padku czynię wyjątek - dla koloru i chrupkości)
i obsmażam z dwóch stron na gorącej oliwie (lub oleju) po 2-3 min
(mięso zwierzyny płowej smaży się dużo szybciej niż wołowina). Przekładam
zrazy do garnka, zalewam czerwonym winem (50 g na dwie porcje) i
sosem mięsnym (100 g), dorzucam kilka rozgniecionych owoców jałowca,
kilka żurawin, goździk i trochę rozmarynu (najlepiej świeżego).
Gotuję tylko chwilę. Na boczku podsmażam pieczarki i leśne grzyby,
tak jak w poprzednim przepisie, dodając garść włoskich orzechów.
Wyjmuję mięso z garnka, sos zagęszczam kwaśną śmietaną (ewentualnie
chwilę redukuję) i przelewam przez sito.
Podaję
zraz przecięty skośnie na pół, podlany sosem, obficie posypany grzybami
i orzechami.
Grzyby
Cielęcina
z grzybami, grzybowe kiełbaski, grzybowe pulpety, spring rolls z
grzybami
Pieczarki
w żadnym razie nie dorównują leśnym grzybom, o czym zdają się wiedzieć
wszyscy poza liczną grupą zawodowych kucharzy. Warto zadać sobie
odrobinę trudu i pozbierać w lesie albo kupić na bazarze. Poniższe
przepisy opracowane są przede wszystkim dla kurek, ale można z powodzeniem,
a nawet należy, wypróbować z niezbędnymi poprawkami także i inne
znane sobie gatunki.
Cielęcina
z grzybami
Grzyby
(150 g) wrzucam na podsmażoną w maśle ćwiartkę siekanej cebuli,
po chwili podlewam lekko białym winem, smażę kilka chwil, dolewam
gęstą śmietanę (100 g) i redukuję na dużym ogniu (ok. 10 min).
Mięso
(200 g) kroję na półcentymetrowej grubości niewielkie plastry, które
solę, pieprzę i wrzucam na rozgrzany na patelni olej. Smażę na dużym
ogniu, ale krótko, energicznie mieszając lub, jeszcze lepiej, podrzucając
na patelni. Mięso ma się silnie zrumienić, ale pozostać w środku
soczyste i kruche.
Gdy
sos zgęstnieje, a grzyby osiągną pożądaną konsystencję (niekoniecznie
muszą być uduszone na całkiem miękko), dodaję usmażone mięso i solidną
szczyptę siekanej pietruszki. Podaję z ziemniakami z wody albo z
makaronem.
Grzybowe
kiełbaski
Siekam
drobno pół cebuli i po zeszkleniu jej na maśle dorzucam ok. 300
g siekanych (niekoniecznie bardzo drobno) grzybów i szczyptę majeranku.
Smażę 5 minut, pilnując, żeby się nie przypaliło, po czym podlewam
małym kieliszkiem brandy lub winiaku, dodaję szczyptę pieprzu, smażę
jeszcze kilka minut i przekładam na sito. Po odsączeniu grzyby odstawiam
do wystygnięcia (do lodówki), zaś sos redukuję, aż zgęstnieje i
pociemnieje, i też odstawiam do schłodzenia.
Do
300 g trzykrotnie zmielonej dziczyzny pół na pół z wieprzowiną (dobry
efekt daje też cielęcina pół na pół z kurczakiem) dodaję ćwiartkę
gęstej śmietany, dwie solidne szczypty siekanego koperku, pieprz
i sól do smaku, mieszam dokładnie. Wbijam białka dwóch jajek (żeby
się wszystko dobrze razem trzymało) i wyrabiam na pulchną masę (najlepiej
ręką). Dodaję grzyby i sos, znów mieszam, na koniec doprawiam solą
i pieprzem.
Folię
kuchenną przezroczystą kroję w poprzek na pasma szerokości 15-20
cm. Na górze każdego pasma układam wałeczek uformowany z mięsa (najlepiej
wyciskać z tzw. rękawa, ale można też układać ręką), roluję w kilkakrotny
zwój folii, a końcówki zawiązuję sznurkiem. Wrzucam je do wrzącego
intensywnego bulionu (może być z kostki) i gotuję ok. 8 minut. W
międzyczasie na maśle z cebulą i ząbkiem czosnku smażę całe grzyby
(ok. 150 g), podlewając odrobiną białego wina. Smażę także ugotowane,
wyjęte z folii kiełbaski. Podaję razem.
Grzybowe
pulpety
Oto
wariant poprzedniego dania, bardziej delikatny i lżej strawny. Z
wyrobionej cielęco-grzybowej masy, jak do kiełbasek, formuję pulpety
z pomocą dwóch łyżek: nabieram masę bokiem łyżki, potem drugą zdejmuję
zawartość pierwszej, następnie znowu pierwszą zdejmuję z drugiej
i tak kilkanaście razy na okrągło, podbierając zawsze z tej samej
strony, aż uformuje się zgrabny, wrzecionowaty zrazik. Wrzucam go
na wrzący bulion i biorę się za następne.
Siekane
grzyby smażę jak na początku poprzedniego przepisu, z tym że podlewam
je małym kieliszkiem brandy lub winiaku, a następnie dodaję ok.
100 g kwaśnej śmietany i zagęszczam przez odparowanie.
Grzyby
nakładam do talerza, a na nich po trzy pulpety na porcję.
Spring
rolls z grzybami
Siekam
drobniutko marchew, pora, seler naciowy (obrany z zewnętrznych włókien),
ćwiartkę cebuli i grzybów drugie tyle co reszty. Dodaję łyżeczkę
rozgniecionych ziaren kolendry. Mieszam to wszystko i smażę na maśle,
podlewając ciemnym sosem sojowym - jarzyny powinny pozostać lekko
chrupkie.
Okrągłe
cieniutkie płaty ryżowego ciasta (które można już dostać w wielu
sklepach, a nie tylko z azjatycką żywnością) kroję w prostokąty,
ok. 10x20 cm. Kładę na nich farsz (trzeba uważać, żeby nie był za
mokry, bo ciasto się rozleci) i zawijam "w cukierek",
związując końce tasiemką z pora albo szczypioru.
Mogę
też zwinąć to tak samo, jak składa się klasyczny spring roll: kładę
farsz na kolisty placek, zawijam raz od góry, po czym zakładam lewą
stronę do prawej, prawą do lewej, i zwijam ku dołowi do końca.
Krokiety
smażę w głębokim oleju. Podaję jako przekąskę z sosem sojowym i
(w miarę możliwości) z siekanym świeżym owocem mango.
Jabłka,
czyli podwieczorek
Jabłka
w cieście piwnym, jabłka pieczone z bakaliami, jabłuszka za żaluzjami,
świńskie uszy
Powiadają,
że jabłka są dobre na wszystko. W każdym razie jest to owoc, który
ma bardzo szerokie zastosowanie w kuchni i to przez okrągły rok,
a uwielbiają je zarówno dzieci, jak i dorośli. Dziś proponuję kilka
wariantów deserowo-podwieczorkowych, na ciepło, słodko i raczej
mało dietetycznie.
Gatunek
jabłek, które wybieramy, zależy przede wszystkim od gustu, choć
ja osobiście uważam, że do kuchni nadają się wyłącznie słodkie i
aromatyczne. Ale niekoniecznie te uprzemysłowione nowe gatunki,
których jest najwięcej w sklepach - najlepiej kupować klasyczne
odmiany na zielonych bazarach, sprzedawane przez drobniejszych handlarzy-sadowników.
Zawsze uważam, żeby jabłka nie były mączyste, czyli stare, przeleżałe.
Jabłka
w cieście piwnym
Najpierw
proponuję danie szalenie popularne i przyrządzane na bardzo rozmaite
sposoby, choć wcale nie zawsze z równie smakowitym efektem. Ja robię
to tak:
Obieram
jabłka możliwie cienko, kroję w pierścienie grubości centymetra
i oczyszczam z pestek, wycinając nożem kwadracik ze środka (można
też kroić w ćwiartki, tak jest łatwiej, jednak efekt będzie znacznie
mniej spektakularny).
Teraz
ciasto. Sypię do miski mąkę, powiedzmy 200 g (na cztery porcje),
dodaję szczyptę soli i mniej więcej łyżkę stołową cukru, mieszam.
Wbijam dwa jajka plus dodatkowo jedno samo żółtko, wlewam ćwierć
litra piwa i mieszam dokładnie trzepacz-ką. Ubijam pianę z dwóch
białek i dodaję do masy, mieszając tak, by zagarniać łyżką od spodu
- dzięki temu ciasto będzie bardziej puszyste.
Do
garnka wlewam olej na wysokość ok. 6 cm (tyle, żeby placki pływały
i nie przywarły do dna) i rozgrzewam do ok. 180oC; obok, w głębokim
talerzu mieszam cukier z cynamonem i przygotowuję miseczkę z mąką.
Każdy krążek jabłka z osobna obtaczam w mące, maczam w cieście (wrzucam
i wyjmuję), wreszcie ostrożnie wkładam do oleju - wszystko to najlepiej
robić ręką (tylko ostrzegam: uwaga na palce!). Kiedy krążki jabłek
napęcznieją w piękne "oponki" i nabiorą koloru złotawobrązowego,
przewracam każdą na drugą stronę, a gdy już obie strony są takie
same, wyjmuję łyżką cedzakową i natychmiast wkładam do cukru z cynamonem
- gorący olej wchłania cukier, dzięki czemu on się dobrze trzyma
ciasta.
Można
je podać bez jakichkolwiek dodatków, choć np. w Austrii i Niemczech
lubią do tego sos waniliowy, zaś Francuz nie pogardziłby kapką sosu
malinowego.
Jeszcze
jedno: ten smakołyk można też przyrządzać na raty - wyjmujemy krążki
lekko zazłocone, nie wkładamy do cukru, ale odkładamy na bok i z
dosmażeniem czekamy na godzinę podwieczorku.
Jabłka
pieczone z bakaliami
Kolejny
klasyk, choć nie zawsze prawidłowo wykonywany.
Zaczynam
od nadzienia. Siekam razem drobno orzechy włoskie i laskowe, dodaję
rodzynki, trochę cukru, wlewam kapkę białego wina (nie za dużo!)
i jeszcze odrobinę wódki lub winiaku (we Francji chlupnąłbym niewątpliwie
parę kropel likieru Grand Marnier).
Każde
jabłko obieram do połowy i wycinam środek na wylot. Napycham jabłka
bakaliami i jeszcze osypuję nimi po wierzchu.
Żaroodporne
naczynie smaruję masłem i zalewam białym winem na wysokość pół centymetra.
Wstawiam w to jabłka i wsuwam na 15-20 minut do pieca (180oC). Pilnie
obserwuję, czy zanadto nie ciemnieją, czy się nie przypalają, a
jeśli tak, to otwieram piec i przykrywam jabłka z góry aluminiową
folią.
Po
wyjęciu jabłek zlewam pozostały sos, lekko zabielam śmietanką i
polewam nim jabłka na wydaniu.
Jabłuszka
za żaluzjami
I
jeszcze jedna wariacja na popularny temat - placek z jabłkami.
Obrane
jabłka kroję w cienkie półplasterki i wkładam do wody z cytryną,
żeby nie sczerniały.
Francuskie
ciasto kupuję gotowe, bywa bardzo dobrej jakości, a robienie samemu
jest czasochłonne. Sprzedają je w płatach, ja wybieram te grubsze,
bo mogę sobie dowałkować do odpowiedniej grubości.
Posypuję
mąką stolnicę, wykładam ciasto, posypuję je mąką, wałkuję. Docinam
brzegi, aby uzyskać prostokąt, dzielę go na pół. Na jednej połówce
układam jabłka, drugą składam wzdłuż i nacinam w grzebieniowaty
deseń. W miseczce pędzelkiem rozkłócam jajko i smaruję nim ciasto
po brzegach, żeby się skleiło. Złożonym "grzebieniem"
przykrywam połowę spodu z jabłkami, po czym rozkładam górną część
i tak uformowany placek z okienkami przenoszę na wysmarowaną masłem
(lub olejem) blachę, smaruję po wierzchu jajkiem (dla lepszego koloru)
i wkładam na ok. 12 min do pieca (180oC).
Z
pozostałych skrawków ciasta zrobię "świńskie uszy". To
już będzie bez jabłek.
Świńskie
uszy
Zagniatam
ścinki w jedną całość, posypuję stolnicę cukrem, rozwałkowuję ciasto
na cukrze, oba boki zakładam do środka i jeszcze raz składam wzdłuż
na pół - ciasto ma teraz cztery warstwy. Chowam na co najmniej pół
godziny do lodówki, żeby ciasto stwardniało.
Po
wyjęciu kroję w plastry, mniej więcej centymetrowe, i odginam lekko
oba spotykające się końce wstęgi ciasta. Układam na wysmarowanej
blasze i wkładam na ok. 6 minut do pieca. W Szwajcarii świńskie
uszka je się o wiele mniejsze, niż widziałem w Polsce, takie na
jeden kęs. Też znakomicie pasują na podwieczorek.
Jajko,
czyli śniadanie
Jajecznica,
jajka sadzone, Egg benedict
Kurze
jajo występuje w niezliczonej ilości przepisów, we wszystkich rodzajach
potraw, choć stosunkowo rzadko w roli głównej. Dziś kilka słów o
daniach, których jajko jest głównym bohaterem i które najlepiej
pasują do stołu śniadaniowego.
O
jakości jajka przesądza jego świeżość, dlatego też od chwili rozstania
z matką kurą nie powinno czekać na spotkanie z talerzem dłużej niż
tydzień - po tym czasie żółtko blaknie, pojawiają się na nim plamki,
a białko traci spoistość i rozlewa się. Przed wrzuceniem jajka do
garnka, czy na patelnię, zawsze wybijamy je na talerzyk lub do miseczki,
by mieć szansę dobrze mu się przyjrzeć. Jeżeli planujemy gotowanie
w skorupce, jajko można wstępnie zanurzyć w szklance z zimną wodą
- świeże spocznie spokojnie na dnie, tygodniowe uniesie się czubkiem
nieco ku górze, a starsze będzie pływało.
Barwa
skorupki, wbrew rozmaitym przesądom, nie ma żadnego znaczenia, ale
kolor żółtka - tak: im ciemniejsze, tym lepsze, bo to znaczy, że
kura była dobrze karmiona.
Jajecznica
To
jedno z najprostszych dań świata wychodzi czasem zupełnie niechcący
- np. kiedy nie uda nam się omlet albo zagapimy się przy mieszaniu
sosu holenderskiego. Każdy umie ją przyrządzić, ale kombinacji i
sposobów są setki. Oto standardowa wersja podstawowa, mająca pierwszeństwo
w zawodowej gastronomii.
Roztrzepać
jajka widelcem w miseczce (oczywiście nigdy srebrnym, bo sczernieje),
posolić, dolać trochę śmietanki (najlepiej odmierzać skorupką -
objętość połówki na każde jajko), która nada jajecznicy puszystości,
i trzepać jeszcze przez chwilę.
Smażymy
na lekko roztopionym maśle, mieszając ubijaczką do sosów i ani chwili
dłużej, niż potrzeba, gdyż jajka przetrzymywane na patelni gwałtownie
tracą świeży smak i konsystencję.
Gotową
jajecznicę wkładam do filiżanki, upycham łyżką, przykrywam talerzykiem,
po czym odwracam całą tę konstrukcję do góry dnem i zdejmuję filiżankę.
W ten sposób formuję zgrabną babeczkę, którą lubię na zakończenie
udekorować szczypiorkiem.
Jajka
sadzone
Podstawową
rzeczą jest patelnia. Najwygodniej używać teflonowej. Jeśli jest
żelazna, powinna być nie za lekka i nie za ciężka, lepiej, żeby
miała grube dno. (Brudną, przypaloną patelnię najlepiej wypalić
solą, aż sól sczernieje, a następnie wytrzeć całą powierzchnię papierowym
ręcznikiem nasączonym olejem).
Wbijamy
jajka na roztopione masło i czekamy, aż zetnie się całe białko.
Można też zdjąć patelnię z ognia chwilę wcześniej i wstawić ją na
moment do pieca. Solimy na samym końcu, bo inaczej na żółtku pojawią
się nieapetyczne białe plamki.
To
było banalnie proste. Teraz więc coś dla kucharzy ambitnych.
Egg
benedict
Rewelacyjne
danie śniadaniowe, a także popularny w niektórych krajach brunch
(czyli połączenie późnego śniadania z wczesnym lunchem).
Zaczynamy
od przyrządzenia sosu holenderskiego. Do rondelka wlewamy 3 łyżki
białego wina i łyżkę winnego octu (białego), wrzucamy kilka łodyg
pietruszki (bez listków), pół bobkowego liścia i szczyptę pieprzu.
Gotujemy to na dużym ogniu, aż zredukuje się do połowy (4-5 min)
i odstawiamy do przestudzenia. W drugim rondelku roztapiamy 100
g masła. Kiedy się zagotuje, łyżką cedzakową zdejmujemy szumowiny,
aby masło było absolutnie klarowne. Teraz dwa surowe żółtka roztrzepujemy
z przestudzonym winem. Trzeba to robić długo i energicznie. Ważne
jest, aby utrzymywać stałą temperaturę i to ani za niską (bo nie
osiągniemy puszystości), ani za wysoką (bo zrobi się jajecznica).
Najlepiej rondelek, w którym roztrzepujemy żółtka, trzymać bezpośrednio
nad garnkiem z gotującą się wodą. Kiedy już masa zrobi się puszysta,
przestajemy ubijać i zaczynamy mieszać dodając po kropelce masło
(należy uważać, żeby miało podobną temperaturę!), szczyptę soli
i ewentualnie kropelkę sosu Worcestershire lub Tabasco. Gotowy sos
odstawiamy na brzeg kuchenki lub w inne miejsce, gdzie będzie mu
ciepło. Teraz przygotowujemy jajka w koszulkach (patrz zdjęcia).
Surowe jajka wbijamy do osobnych filiżanek, w wysokim garnku zagotowujemy
wodę z octem, po czym przykręcamy gaz do minimum, tak aby woda nie
wrzała. Teraz szybkim ruchem wrzucamy do wody jajka. Jest to procedura
raczej łatwa i efektowna, trzeba jednak postępować ostrożnie i pamiętać,
że wody nie wolno osolić. Po trzech minutach wyławiamy łyżką cedzakową
białe kuliste bryły, które kryją w sobie idealnie miękkie żółtko.
Opiekamy
grzanki, każdą smarujemy masłem (nieobowiązkowo) i przykrywamy plasterkiem
szynki. Na szynce kładziemy jajko w koszulce, całość polewamy obficie
sosem holenderskim i wkładamy na 30-40 sekund do rozgrzanego piekarnika.
Staramy się nie spuszczać ich z oka - sos musi zmienić się w złotobrązową
skorupkę, ale trzeba bardzo uważać, żeby się nie przypaliło.
Fantastyczny
efekt daje położony na jajku plasterek trufli, ale i bez tego egg
benedict to przysmak nie lada, bez wątpienia wart całego tego zachodu.
Lato,
czyli lekko i łatwo
Faszerowane
pomidory, parfait kefirowy, tatar z awokado, ragout jarzynowe, sandacz
Małgosia
W
gorące dni też się je i przyjmuje gości. Wolimy wtedy potrawy lekkie,
wolimy też nie zanadto się napocić w kuchni.
Proponuję
dziś kilka typowo letnich potraw, nietrudnych do przyrządzenia,
a pysznych i efektownych. Na początek klasyk, ale na sposób specjalny.
Faszerowane
pomidory
Czterem
pomidorom ścinam wierzch i drążę je. Dwa inne pomidory wrzucam na
moment do wrzątku, zdejmuję z nich skórkę, wyrzucam pestki i sok,
kroję w drobną kosteczkę. Siekam garść liści bazylii. Biorę 200
g białego sera, najlepszy byłby mascarpone, ale z braku tej trudno
dostępnej na polskim rynku włoskiej ingrediencji zadowalam się zwykłym,
tyle że "zmiękczam" go 50 g śmietany. Wbijam do sera trzy
żółtka i mieszam drewnianą łyżką na jednolitą masę, dodaję pianę
ubitą z białek, wrzucam pokrojone pomidory z bazylią, dodaję szczyptę
- dwie soli.
Wydrążone
pomidory wypełniam masą serową równo z brzegiem, układam na blasze
i zamykam w piekarniku (200iC).
Parfait
kefirowy
Oto
potrawa nieco kosztowna, bo wśród składników jest drogi kawior,
ale efekt jest oryginalny, wykwintny i fantastycznie orzeźwiający.
Rozpuszczam
w wodzie 15 g żelatyny (najlepsza w listkach). Pół litra kefiru
wlewam do miski, dodaję około łyżki koniaku albo wódki, tyle samo
soku wyciśniętego z cytryny, mieszam, dodaję żelatynę, znowu mieszam
i odstawiam do lodówki do schłodzenia.
Ubijam
100 g śmietany kremówki i dodaję ją do kefiru, kiedy tylko zacznie
się ścinać. Teraz dodaję 50-100 g kawioru, czerwonego lub czarnego,
a najlepiej pół na pół. Wlewam na wpół zastygły kefir do wyłożonej
folią rynienki do terrine albo czegoś innego, co nada potrawie kształt
(najlepiej podłużny) i wstawiam z powrotem do lodówki.
Po
jakimś czasie kefir daje się już kroić nożem. Podaję go w plastrach
polanych sosem z jogurtu i drobno siekanego koperku.
(Zamiast
kawioru można też dodać czego innego, np. drobniutko pokrojone jarzyny.)
Tatar
z awokado
Tę
prostą sałatkę przygotowuje się w niecałe 10 minut.
Przepoławiam
owoc awokado (wzdłuż), wyjmuję pestkę (nadziewając ją jednym uderzeniem
na nóż), kroję w ćwiartki, zdejmuję skórkę (można łyżką). Dwa pomidory
obieram ze skórki (sparzywszy wrzątkiem), przekrawam na pół w poprzek,
usuwam pestki i kroję w kosteczkę. Dodaję łyżkę posiekanych kaparów
i wyciskam na to pół cytryny. Kroję w kosteczkę trzy ćwiartki awokado
(ewentualne ciemne punkciki trzeba usunąć), solę, pieprzę, mieszam,
dodaję kropelkę tabasco. Czwartą ćwiartkę kroję w podłużne plastry
i układam wachlarzykiem na talerzu. Sałatkę formuję w walec, który
przystrajam resztką pomidora.
Ragout
jarzynowe
Około
100 g ugotowanych szparagów kroję w poprzek na 2-3 cześci, 3-4 grzyby
średniej wielkości kroję w półćwiartki (mogą być pieczarki), obrane
łodygi selera naciowego (100 g) kroję w 5-centymetrowe słupki, a
następnie w zapałkę; por, marchewkę i fenkuł, czyli koper włoski
(po 100 g) w nieco grubsze słupki. Wrzucam do wrzątku marchew, chwilę
później seler i fenkuł, wre |